, aby sprawdzić
ilość punktów na twoim koncie i zgłosić wypłatę

UDOSTĘPNIJ WPIS

Miasto

5 wynalazków, które zmieniły miasta

Telefon komórkowy odmienił to, jak się porozumiewamy. Komputer zrewolucjonizował pracę i rozrywkę. A ekspres do kawy sprawił, że życie stało się znośne. A jak wielkie wynalazki wpływały na wygląd miasta w dawnych czasach i dzisiaj? Przyjrzyjmy się najważniejszym wynalazkom ludzkości i ich związkowi z naszym otoczeniem.

 

Proch

Proch przez setki lat wykorzystywany był do prowadzenia wojen, jednak jego wpływ na miasto wcale nie polega głównie na zrównywaniu budynków z ziemią. Co mógł zrobić średniowieczny burmistrz albo wójt, aby uchronić swoje miasto przed nieprzyjacielskim wojskiem? Zbudować wokół miasta mur! Im zastosowania prochu w broni palnej były doskonalsze tym wyższych, grubszych i bardziej rozbudowanych umocnień chciały miasta, aby bronić się przed coraz lepszymi armatami, haubicami i moździerzami. Doprowadziło to do bardzo ciekawej sytuacji – miasta w XVIII wieku często gnieździły się na bardzo małym obszarze, w wielkiej ciasnocie, otoczone setkami metrów fortyfikacji, które miały zapewnić im bezpieczeństwo w razie wojny.

Makieta fortyfikacji miasta Bergues, północna Francja (fot. Velvet, Wikimedia Commons, CC 3.0)

Ślady tych umocnień znajdziemy do dzisiaj na przykład w Gdańsku, gdzie charakterystycznym zygzakiem wije się fosa albo w Krakowie, gdzie na ich miejscu urządzono park otaczający Stare Miasto. Zaś w Wiedniu, kiedy broń stała się tak doskonała, że żadne mury ani fosy nie mogły jej powstrzymać w miejscu fortyfikacji urządzono nową dzielnicę z wielką aleją Ringstrasse. Tak, tak! Bez wynalazku prochu nie byłoby ani krakowskich Plant, ani wiedeńskiego Ringu.  

 

Kolej

Wokół naszego miasta zbudowaliśmy mury i wykopaliśmy fosy, ale przecież trzeba się jakoś do niego dostać. Potrzebujemy więc też miejskich bram – pilnie strzeżonych i zamykanych, ale jednak umożliwiających handel, ruch, podróże. Brama miejska była w dawnych czasach czymś tak ważnym, że pojawia się jako godło w wielu herbach miast. W Polsce choćby Kraków czy Poznań mają w swoich herbach właśnie stylizowane bramy. Nic dziwnego, w końcu to właśnie brama była pierwszą rzeczą, jaką oglądał przybywający do naszego miasta na przykład kupiec. Po bramie mógł już się zorientować, czy w mieście mieszkają ludzie majętni, czy warto robić z nimi interesy. Dlatego często bramy były bogato zdobione – jak Brama Wyżynna w Gdańsku. To wszystko wywróciła do góry nogami kolej. W końcu, kiedy wysiadamy na dworcu to nie jesteśmy na obrzeżach miasta – jak brama wjazdowa przez mury – ale w samym jego centrum. Nowymi bramami do miasta stały się dworce kolejowe, bo to koleją zaczęli napływać przybysze z najodleglejszych stron. I tak, jak dawne bramy, tak i nowe dworce zaczęły olśniewać bogactwem, przepychem i wielkością. W ten sposób kolej wprowadziła do miejskiego krajobrazu zupełnie nowy typ widowiskowego budynku–wizytówki.

Makieta Frankfurtu – biała budowla z pięcioma łukami to hala peronowa dworca – przed nią rozciąga się wielka, niezabudowana połać torów.

Wiele tych dworców było dworcami czołowymi – to znaczy, że pociągi mogły na nie wjechać tylko z jednej strony i zatrzymywały się obok siebie, po czym musiały odjechać w przeciwną stronę. To spowodowało, że za pięknymi fasadami i przeszklonymi halami peronowymi ciągnęły się hektary brzydkiej przestrzeni wypełnionej plątaniną torów, zwrotnic, semaforów i innych urządzeń – coś takiego możemy do dzisiaj oglądać we Frankfurcie – na jednym z największych, XIX-wiecznych dworców kolejowych świata.  

 

Kanalizacja

Pytanie „Dokąd płynie kupa?” teraz może tylko przyprawiać o rumieniec rodziców, jeśli ich pociechy będą je uporczywie zadawać „w gościach” lub w autobusie, ale kiedyś zagadnienie odprowadzania nieczystości było jednym z kluczowych wyzwań, jakie stały przed rosnącymi miastami. Dzisiaj możemy kanalizacji nie zauważać, ale gdyby zniknęła, momentalnie byśmy to poczuli… Chcemy czy nie chcemy człowiek musi jeść, pić i niestety także wydalać. O ile te dwie pierwsze potrzeby można w miarę łatwo zaspokoić – w końcu w dawnych czasach większość ludzi pracowała w rolnictwie a miasta zakładano w pobliżu rzek i kopano wiele studni, o tyle problem tego, co zrobić z tym, co już zjedliśmy i wypiliśmy był do rozwiązania epicko trudny. A trzeba pamiętać, że w dawnych miastach oprócz ludzi mieszkała też cała masa zwierząt na czele z końmi, które z zanieczyszczania ulic uczyniły swój sport narodowy. Dlatego właśnie na dawnych obrazach zobaczymy ludzi chodzących w sandałach z grubą, drewnianą podeszwą – na ulicach było bowiem tak niewyobrażalnie brudno, że nikt nie chciał mieć z ich powierzchnią nawet najmniejszego kontaktu. Gdyby jednak chodziło tylko o smród i ogólne uczucie obrzydzenia, to sądzę, że ludzkość jakoś by to wytrzymała. Niestety problem wszechobecnych nieczystości miał także naturę higieniczną. Epidemie cholery należały kiedyś co ponurej codzienności, choroby „brudnych rąk” zbierały śmiertelne żniwo jak świat długi i szeroki.

Tamiza w Londynie przed budową miejskiej kanalizacji

Rozwiązanie było na pozór iście szatańskie – zgromadzić wszystkie nieczystości w jednym systemie rur i kanałów, gdzie niczym najbardziej obrzydliwa rzeka świata, płynęłyby one poza miasto i tam odprowadzane byłyby do rzeki – z dala od ludzi i ujęć wody pitnej. Inżynieryjne było to zadanie bardzo trudne – trzeba było zbudować podziemne kanały o stałym spadku, który zapewniałby naturalny odpływ ścieków. Ale korzyści okazały się wielokrotnie większe niż nakłady, trudności i… opór ludzi. Dzięki kanalizacji, która upowszechniła się w europejskich miastach w XIX wieku nie brodzimy już po kostki w nieczystościach na ulicach, a nasze miasta nie zatruwają nas przy każdym oddechu.  

 

Winda

Na którym piętrze są najbardziej atrakcyjne biura? Teraz pewnie powiedzielibyśmy, że wysoko! Z widokiem! Ze światłem i powietrzem! Ale w połowie XIX wieku każdy najemca raczej wolał niskie piętra – parter, pierwsze lub drugie. Budynki nie miały wind, na wszystkie piętra trzeba było wdrapywać się po schodach, nic więc dziwnego, że kamienice i biurowce naszych pradziadów nie biły rekordów wysokości. Dźwigi do przewożenia towarów wprawdzie istniały, ale miały jeden słaby punkt – linę, która mogła pęknąć posyłając całą zawartość wraz z kabiną na dno szybu. Wszystkim starczało wyobraźni, żeby zrozumieć, że jeśli w takiej windzie jechaliby ludzie, to niewiele by z nich zostało. Wszystko zmienił wynalazek Elishy Otisa, który nie przyczepił kabiny bezpośrednio do lin, ale pomiędzy nimi zainstalował sprężynowy mechanizm z hamulcem. Lina nie tylko podtrzymywała ciężar windy, ale i odciągała hamulce od szyn. Jeśli lina się urwała, to zanim kabina zdążyła spaść, hamulce zapewniały jej bezpieczne zatrzymanie. Ten wynalazek otworzył przed architektami zupełnie nowe możliwości. Od kiedy pokonywanie wysokości przestało być wysiłkiem, budynki mogły stać się coraz wyższe. Narodził się zupełnie nieznany wcześniej typ budynku – wieżowiec, który bez windy nie ma racji bytu. W ten sposób najwyższymi budynkami na świecie przestały być kościelne wieże – ładne, ale na które nie wchodzi się codziennie do pracy – a zaczęły być biurowce. Dzięki windzie najbardziej prestiżowe biura mogą teraz być na wysokich piętrach budynków, a pracujący w nich ludzie dosłownie spoglądają na konkurencję z góry.

Centrum Frankfurtu – bez wind wyglądałoby zupełnie inaczej.

Innym efektem wynalezienia windy jest udostępnienie wielu miejsc dla osób niepełnosprawnych ruchowo. Dzięki temu, że mamy bezpieczne windy i podnośniki osoby, które z jakiś powodów nie mogą poruszać się po schodach, mogą się dostać do metra, do pracy czy do własnego mieszkania nie napotykając większych problemów.  

 

Samochód

Ten wynalazek z końca XIX wieku zrewolucjonizował miasta w wieku XX. Na przełomie wieków samochód był równie dobry jak powóz, tylko, że nie potrzebował konia. Można było nim dojechać wszędzie, inaczej niż koleją, która pozwalała przemieszczać się tylko pomiędzy dworcami. Ale samochód wciąż ulepszano, udoskonalano, czego nie można powiedzieć o konnym powozie, którego najsłabszym punktem był koń, który swoją ewolucyjną doskonałość osiągnął już dawno i trudno było go modernizować. Samochody stawały się coraz powszechniejsze, wygodniejsze a przede wszystkim szybsze. Zachłyśnięci na pozór nieograniczonymi możliwościami samochodu urbaniści jeszcze przed wojną snuli plany dostosowania miast do tego nowego wynalazku. Jednak dopiero po II wojnie światowej, kiedy coraz więcej ludzi mogło sobie pozwolić na zakup samochodu, a jednocześnie wiele miast wymagało powojennej przebudowy, te śmiałe plany można było wprowadzić w życie. Od lat 50. do miast zaczęto wprowadzać rozwiązania ułatwiające poruszanie się po mieście samochodem – wielopasmowe ulice z coraz nowocześniejszymi nawierzchniami, estakady, wiadukty, gigantyczne rozjazdy, autostrady niekiedy biegnące przez same środki miast, kładki dla pieszych nad ruchliwymi ulicami. Pod budynkami, szczególnie tymi usługowymi, zaczęto planować rozległe parkingi, tak aby korzystający z wygodnego pojazdu mieszkańcy mogli swobodnie dojechać w każde miejsce. Łatwe i szybkie przemieszczanie się samochodem umożliwiło też powstawanie gigantycznych osiedli domków jednorodzinnych, zlokalizowanych pod miastami, które dobrze znamy ze Stanów Zjednoczonych. Tam pod każdym domem znajduje się podjazd z przynajmniej jednym zaparkowanym samochodem. Ale utopijna wizja łatwego, indywidualnego dojazdu w każde miejsce ma też swoją mroczną stronę. Każdy samochód zajmuje kilka metrów kwadratowych powierzchni. Jeśli w mieście jest sto tysięcy samochodów, to musimy zaplanować dla nich co najmniej dwieście tysięcy miejsc parkingowych (pod domem i pod pracą) no i zapewnić im miliony metrów kwadratowych szerokiej ulicy, aby między tymi dwoma punktami mogły przejechać. Silnik spalinowy postawiony na czterech kołach sprawił, że zwykłą, miejską ulicę ze sklepami zajęła szeroka autostrada. Sklepiki wzdłuż ulicy handlowej poprzenosiły się do wielkiego centrum handlowo-rozrywkowego z wielopoziomowym parkingiem, a kilometry kwadratowe przedmieść zabudowały się domkami jednorodzinnymi, zaludnionymi przez sfrustrowanych staniem w korkach mieszkańców. Naturalny sposób przemieszczania się – chodzenie – przegrał nagle z wielopasmową arterią komunikacyjną, której pokonanie zajmuje kilka minut (bo czekamy na światłach, często dwa razy) no i nie da się przy niej pogadać, bo generuje straszny hałas. Dopiero niedawno zaczęto zauważać ten negatywny wpływ uprzywilejowania samochodów w miastach i coraz więcej miast stara się wprowadzać rozwiązania przyjazne także pieszym. Bo warto pamiętać, że pieszym jest każdy z nas. Nawet ten, kto siedzi w samochodzie musi jednak czasem z niego wysiąść.  

WG. KATEGORII

Komentarze

ZamknijStrona używa cookies (ciasteczek). W przeglądarkach internetowych można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.